Silverado cz. I.

Hodowca coś powinien od siebie dodać. Czasem może to być poprawienie niewielkiego feleru jak np. lekko zgiętej krawędź płetwy, która była charakterystyczna dla danej linii zanim zaczęliśmy z nią pracować. Jakiś taki znak rozpoznawczy. Z takim nastawieniem kilka lat temu zacząłem prace z genem silverado wówczas u nas w kraju dostępnym jedynie jako endlerowe dzikuski właściwie bez domieszek krwi szlachetniejszych gupików hodowlanych. Dzikiej formie uroku nie da się odmówić oczywiście niemniej potencjał drzemiący w tym nowym fenotypie ogranicza jedynie wyobraźnia hodowcy. Czemu by się w takim razie ograniczać?

Przez dwie pierwsze generacje głównym kryterium selekcji samców do dalszej hodowli był kształt i rozmiar. Wybierałem największe, najlepiej zbudowane 2, 3 samczyki. Następnie krzyżowałem je z samiczkami hodowlanych gupików. Tak by jak najszybciej pozbyć się z genotypu niechcianych cech wingei (jak mały rozmiar czy wąskie, krótkie płetwy). Szczególnie pilnowałem tylko by grzbietówka nie straciła zabarwienia. Gdy do tego dojdzie bardzo ciężko takie zabarwienie przywrócić ponownie mimo krzyżówek.

Na początku do krzyżówek używałem samiczek dolnego miecza. Tak by nie zawracać sobie głowy kształtem i kolorem płetwy ogonowej. W rezultacie samce z pierwszych pokoleń były w stylu dolno mieczowym.

Kolejne outcrossy jeszcze poprawiły kształt i rozmiar. Niektóre osobniki zaczeły wykształcać bardzo ładne mieczowe wyrostki.

Uznałem, że rybki mają już na tyle dobrą budowę, że można dodać geny odpowiedzialne za kolorowanie ogonka. Wybrałem samiczkę moskiewską.

Oraz żółtą półczarną

Wynik krzyżowania z półczarnymi spobodał mi się bardziej. Niektóre samczyki prezentowały nawet zabarwienie na piersiówkach. W tym momencie podzieliłem się rybkami z kolegą Bolkiem Gawłem, który pracuje nad nimi dalej koncentrując się głównie na mozajkowo wzorzystych fenotypach. Chcąc kontynuować linię półczarnych silverado skrzyżowałem samczyka od Bolka z samiczkami półczarnymi z mojej linii rakietek. Samiczki wybrałem bardzo starannie z nadzieją na pięknie zabarwione płetwy piersiowe u potomstwa.

Wyniki tej krzyżówki były naprawdę wspaniałe.

Otrzymałem półczarne silverado z żółtymi piersiówkami. Obecnie będę próbował zrobić z nich “gullwingi”. Są to fenotypy z mocno wydłużonymi górnymi promieniami płetw piersiowych.

W tej linii silverado cyklicznie powtarza się utrata charakterystycznego, srebrnego zabarwienia przodu ciała przez samczyki. Podobne obserwacje mają inni hodowcy linii silverado – także tych nigdy nie krzyżowanych z gupikiem. Czy można mówić o crossing over? Jest to fenomen, którego wystąpienie jest niezwykle mało prawdopodobne. Silverado zyskuje jednak na popularności, także w krajach azjatyckich, gdzie gupiki rozmnaża się na zupełnie inną skalę niż u nas. Wcześniej czy później, do któregoś z hodowców szczęście się uśmiechnie i trafi samczyka ze srebrnym zabarwieniem nie tylko na chromosomie Y ale także przekazanym od matki chromosomie X. Póki co nacieszmy oczy dziwakami z linii silverado, których trafiają się 2-3 w każdym miocie w mojej hodowli.

Jest to naprawdę ciekawy projekt. Sporo się podczas udoskonalania linii nauczyłem.Wyprowadzenie własnej linii od zera daje dużo satysfakcji. W przyszłości może uda się powalczyć na konkursach? Co zrobiłbym inaczej gdybym jeszcze raz chciał się pobawić z jakimś endlerkowym fenotypem? Od samego początku krzyżowałbym z samiczkami z zabarwionym ogonkiem. Jeden z zaprzyjaźnionych hodowców pisał mi, że szczęście mu dopisało i już w pierwszym pokoleniu trafił samca z masywnym ciałem i pięknym, weloniastym ogonkiem. Oszczędził więc około roku pracy, który ja poświęciłem na wyprowadzenie rybek z przyzwoitym kształtem ciała. Oczywiście kolega miał szczęście. Niemniej półczarne jak i mozajki to pierwsze fenotypy, nad którymi lata temu, zaczęto prace w kierunku pięknych delt. Wydają się więc sensownym wyborem by uszlachetnić dzikie endlery.